niedziela, 18 lutego 2018

Wycieniowanie


Ben Bulben

Kochały pisarzy i oni kochali. Pewnie nadal kochają tylko mocniej. Jeżeli z mocy pochodzi odzyskiwanie słów, nastroju, lekkości ciała, chcę iść dalej. Oboje paliliśmy. Jeździliśmy w różne części świata. Wyobraziłam sobie spadający worek kamieni. Osuwanie się w głąb rzeczy. Strumień wody. Nacieka niżej, wzbiera, kiedy zaczynam biec w zieleń przez kałuże. Mruczymy, że to koniec wyspy. Przesyt obrazu, miarowy szum. I krążące w głowie zapachy, które docierają do kwiatów. Ale noce do siebie podobne. Muszę to wiedzieć, widzieć. Przykładam dłoń do czoła i rozumiem znaczenie marzeń sennych. Niekończące się powroty, by nie być samej we wnętrzu krajobrazu. Lepię ziemię znad oceanu, wspominam Ben Bulbena, wspinaczkę i coś, co się dokonywało, gdy rosły pragnienia. Potrafię współczuć, ale to nie wystarczy, dlatego w zamyśle piszę.

piątek, 16 lutego 2018

Dzielenie lub rozwarstwianie



Odpływam. W połowie na emigracji. W połowie, czekam, by każda z twarzy scaliła się w jedną. Oszuka zmęczenie o wrogim spojrzeniu, dotyku podszytym wiatrem. Wystarczy przypomnieć sobie łódź i ślady słów, górskie pustkowia, do których nie można dopłynąć. Rozebrać dzień z przełęczy, przywrócić zmurszałe sny, kapliczki. Może chodzi o naukę pływania, tworzenie dźwięków ludzkiej mowy, rozpuszczony śnieg, pewność, że jest mnie mniej po drugiej stronie. Tam popełniono wiele pomyłek. Ktoś źle zapisał nazwisko, nie dopasował kształtu brwi, koloru oczu. Nie miałam pojęcia, że odpływam z nieprawdą, wciąż jej potrzebuję. Zostawiam ślady na przystaniach, wyznaję przeczucia. Krzyczę przez sen i nie wiem nic o zwątpieniu. Twardnieję od trucizn, pułapek, mężczyzn. Wloką się rytmicznie krok za krokiem. Z jakiegoś powodu nie wzbudzają strachu. Przychodzą mi na myśl ludzie, stada, które wracają do domów. Przez nikogo niezauważeni, uczą się być odporni na to samo, co kala prześcieradła. Zbyt wiele zdrobnień, zanieczyszczeń. Zbyt długo to trwa. Dlatego montują rury, zalewają świeże blizny. Podtrzymują oddychanie.

czwartek, 15 lutego 2018

Kiedy mówię, że nie śpię



Kiedy widzę koniec tego, co robię, już się cieszę, bo za chwilę odpocznę i nabiorę głęboko powietrza. Będę wypuszczać te wszystkie ciężkie gazy jak po nitce. Wtedy okazuje się, że dostaję kolejne zadanie. To nie jest jeszcze ten moment, w którym odwracam się na lewy bok, czytam teksty pisarzy z Peterson. Mało tego, nawet nie mogę zachwycić się porannym słońcem. Wstaję, ruszam przed siebie, przelotnie traktuję rzekę, ocean i góry. Nie mogę odpowiadać na wezwania, umawiać się na piwa, kawy i inne przyjemności. Wciąż słyszę: nie mam czasu. Ach! I ten moment dzisiaj rano - spojrzałam przez okno na bujające się drzewa, opustoszałą okolicę, gdzie porzucone rowery, hulajnogi leżą przez okrągły rok i poczułam ulgę. Tak wygląda część mnie, kiedy nie śpię, nie bujam nogą i nie fotografuję.

środa, 14 lutego 2018

Na uspokojenie



Szept, za którym wspinasz się, spadasz, podnosisz i tak dalej.
Nie jest za późno, nawet kiedy myślisz, że jest. Blask czasowników.
Przegięcia, wygięcia z woli osób trzecich. W pląsach, w locie
ptaków w jedną stronę. Cała ta maszyneria o kant rozbić.

Wybór, od którego nie ma ucieczki. Przypływ. Odkładane rachunki
za wodę, bo niby nieotwieranie kopert jest jak
nieodkręcanie kranu, można wyprzeć, przeczekać strach, odpływ.
Wyliczane tytuły, nazwiska, dzięki którym dojrzewamy i odmieniamy „ó”
otwarte lub zamknięte.

Bajki o głosach, malowanych ptakach, ocalonych, wstaję z kolan.
Przyglądam się rysom, pęknięciom, wybuchom gejzera, łamię głos i ołówki.
Tylko szmer, jednostajny, lekki powiew. Wmawiamy sobie,
że ludzie się nie dzielą, segregują śmieci, ocalonych. Zaprzeczamy
we właściwej kolejności, kiedy brzęczą na torach, w świetle.

sobota, 10 lutego 2018

Johann Johannsson - umarł mi







Nie mogę się pogodzić z tą myślą.

Przedstawiam




Przyleciał do mnie Marek, a w zasadzie jego wiersze. Polecam. Marek jest skromny, a wiersze podróżujące. Jest w nich opowieść. Notatki uwydatniają dni. Dla nas, po kilka zdań... Polecam. 

czwartek, 8 lutego 2018

Wyzwolenie



Kalinie

Wyglądasz na zmęczoną, uśmiechasz się i widzę srebro ścieżki, wtedy zerkam na zegarek. Szósta po południu. Lampa zamigotała, zgasła, usłyszałam plusk wody, pękającą podłogę albo tchnienie desek, które prostują się albo prężą. Przygnębia mnie dźwięk łopaty, trudno wtedy miłość nazywać namiętnością. Spadający worek z piaskiem przypomina kształtem ciało. Nie śmiejemy się, zaciskamy dłonie, grzebiemy w pamięci, aż ciepło snu ogarnie tył głowy. Myślę o godności, on o czystej koszuli, czy krawat pasuje do skarpetek, a spinki są większe od rozgrzanej rtęci. Przypomina zabawę na lekcjach chemii, bada naturę i przemiany zachodzące pomiędzy substancjami, dlatego chodzenie po pokoju jest jak szelest oddychających liści. Opieram się o manifest, o lirycznych bohaterów, którzy budzą się gwałtownie w myślach. Coś odeszło i nie wraca, podnosisz buty, gumowany płaszcz, ukrywasz dłonie pod pachami, nie chcesz skierować lęków w miejsca, w których łatwo wykorzystać zdolności młodych kobiet. To była ta sama szklanka wody, plaster cytryny, gorycz przygryzanej wargi. Poznałam tiki, triki. Wieczory, gdy wychodzę, mimo że leje od kilku godzin. Wracam. Po wykruszonych ciastkach, które nie mogą być podłożem do hodowli kwiatów. A jednak coś zakwitnie. Rozniesie się i przypomnisz sobie nazwy ptaków, owadów. Na wiosnę zieleń i trochę rdzy, co przebija albo nasyca.

środa, 7 lutego 2018

Fat Thursday




Wytłumaczyłam Asmie o co chodzi z tłustym czwartkiem. Zamiast pączków zrobiłam rogaliki, przepis od Moniki - klik


wtorek, 6 lutego 2018

Wędrówka


Katarzyna Tchórz


Walczysz ze sobą, kiedy funeralny kantyk dobiega końca.
Wszystko, co umiera ze łzami, uczucia, w które wchodzę,
nawet jeśli forma odbiega od pamięci. Zapach, smak.
Procesy gnilne pod powierzchnią. Wciąż słuchamy tego
samego. O utraconym czasie. Wracamy wśród kwiatów.

Na zakopane wieka padają kamyki, ziemia, wymieniamy wkłady,
obrączki. Bieliznę. Odgarniamy zwały śniegu z podjazdu. Uderzenie
o beton. Metal o kamień. Gruda o grudę. W ciągu dnia. W iluminacji
wciąż nie wiem, co jest ruchem, co widmem.
Zakrzywia się i zaciera jak pamięć. Myśl.

Powtarzamy piny, numery kont, telefonów, a kiedy znikasz,
zapominam nakładające się na siebie zbiory liczb. Zmutowane,
wyjęte z maczkiem zapisanych notesów. Nie pasują do daty ślubu,
narodzin dzieci. Chciałabym przetłumaczyć wiersz, apokryf
po apokryfie, którego nie napisałam, jednak wierzę, że coś
zwiastuje. Dudni w jednej z jaskiń. Chociaż się waham.

Ukrywam przed tobą zdania. Rzucam centami o ścianę,
mocniej, ale czy mogę unieważnić iluzję?
Śmierci – nie potrafię. Oswajam się. Powoli.